My beautiful dream!

13 września 2014

Suchy szampon Batiste: Cherry, Wild, Blush i Oriental

Witajcie,

Dzisiejszy post będzie czymś w rodzaju dwa w jednym. Przede wszystkim będzie to recenzja (wsadzenie swoich trzech groszy) produktu, który dzięki blogosferze stał się kultowym oraz opis czterech różnych wersji zapachowych, które aktualnie mam w swoich zbiorach (inne również wypróbowałam, ale brak opakowania zniechęcił mnie do pisania o nic ;)). Mowa oczywiście o suchych szamponach do włosów marki Batiste.


Opakowanie:
Produkt schowany jest oczywiście w metalowej butelce z dozownikiem typu spray, łudząco podobnej do tych w których otrzymujemy lakiery do włosów. Jedyne co wyróżnia opakowania Batiste to przepiękne, kolorowe wzorki :) Miałam już wiele opakowań więc śmiało mogę stwierdzić że dozowniki się nie zacinają i bez problemu do samego końca można zużyć produkt.


Właściwości:
Tym razem Was zaskoczę, zapachu na początku nie omówię, zapachy będą później :)
Zacznę może od wyjaśnienia do czego w ogóle jest ten produkt (aczkolwiek czy jest na tej planecie ktoś kto tego nie wie?). Mianowicie suchy szampon służy nam do odświeżenia włosów, kiedy mamy leniwy, gorszy bądź zabiegany dzień i na klasyczne mycie nie mamy czasu lub ochoty. Pomoże nam również wtedy gdy nasze włosy spłatały nam figla i przetłuściły się szybciej niż normalnie a my musimy wyjść już w tej chwili.
Jak to działa? A tak, że spryskujemy sobie nieświeże włosy tak z odległości 15-20 cm suchym szamponem. Następnie swoimi palcami wmasowujemy go w skalp. A na sam koniec wyczesujemy z włosów. Wbrew temu co pisze producent na opakowaniu oraz na facebooku wyczesanie jest szczególnie konieczne przy ciemnych włosach. W przeciwnym przypadku na włosach zostanie siwo-biały nalot, który nie wygląda estetycznie.
Czy to działa? Jak najbardziej! Używałam już wielu suchych szamponów i przeważnie efekt był mierny i utrzymywał się na włosach jedynie 2-3h. W przypadku Batiste włosy wyglądają na prawdę dobrze. Może nie jest to efekt jak po normalnym umyciu, gdyż włosy są matowe i dość nieprzyjemne w dotyku, ale nie są też obciążone i nie wiszą na głowie tłuste strąki. Ponadto efekt odświeżonych włosów utrzymuje się tak na prawdę cały dzień. Kiedy spryskam głowę około godziny 9 to nie wstydzę się z nimi wyjść do wieczora. Potem jednak fajnie jest włosy umyć :)
Przejdźmy teraz do prezentacji zapachów:

Cherry to zapach który jako pierwszy zagościł w mojej kosmetyczce. Niestety niezbyt przypadł mi do gustu. Zapach może i jest owocowy ale na pewno nie przypomina wiśni. Jest bardzo chemiczny, sztuczny i duszący. Nie lubię go czuć na włosach. Nadaje się jednak również dla mężczyzn.



Wild to zapach który odkryłam ostatnio, dzięki promocji w Biedronce. Jest to mocny, perfumowany aromat, który ma w sobie taką nutę dzikości. Bardzo go lubię i uwielbiam kiedy moje włosy nim pachną. Niestety potrafi gryźć się z zapachem perfum. Typowo kobiecy zapach.




Blush to kwiatowy, delikatny zapach. Różowe opakowanie w kwiatuszki doskonale odzwierciedla aromat szamponu. Bardzo przyjemny, ale nie psiukajcie nim swoich mężczyzn.



Oriental to stosunkowa nowość w ofercie Batiste. Polubiłam go na tyle, że zużyłam już dwa opakowania. Zapach dość uniwersalny, nadaje się również na facetów. Jest słodko kwiatowy z delikatną nutą czegoś kwaskowego. Z wszystkich wymienionych chyba najsłabiej utrzymuje się na włosach.




Jeżeli chodzi o wydajność to przy takim używaniu okazjonalnym starcza nawet na kilka miesięcy. Niestety mnie zawsze to zaskakuje i nigdy nie umiem wyczuć, kiedy już dobija dna, dlatego w szafce mam zapas przynajmniej dwóch :)

Podsumowanie:
Standardowe opakowanie ma 200 ml i kosztuje ok 15 zł, natomiast miniatura ma 50 ml i kosztuje ok 8 zł. Kupić je można w sklepie producenta TU, w wielu drogeriach internetowych, np Cocolita.pl oraz stacjonarnie w Hebe. Faktycznie dość mocno bielą włosy, ale z łatwością można to wyczesać, a efekt odświeżenia jest na prawdę godny uwagi.

Pamiętajcie jednak, że suchy szampon NIE ZASTĄPI zwykłego mycia wodą i szamponem!




Czytaj dalej...

7 września 2014

Insomnia and Bewitched Pigments by Makeup Geek

Witajcie,

chciałabym opowiedzieć Wam dzisiaj co nie co o  dwóch pigmentach marki Makeup Geek. Trafiły one do mojego kufra niespełna rok temu jednak ciągle nie po drodze mi było ani do zrobienia zdjęć ani do napisania owego posta. W końcu postanowiłam się zmobilizować i poświęcić im 'chwilkę'.
W moich zbiorach znajdują się dwa odcienie Bewitched - jasny perłowy fiolet oraz Insomnia - typowy kameleon.


Opakowanie:
Niestety w tym przypadku Makeup Geek się nie popisało. Pigmenty znajdują się w plastikowych słoiczkach o pojemności 2 g i wypełnione są niemalże po brzegi. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt że w tych opakowaniach nie ma żadnego sitka i nie ma prostszej rzeczy niż rozsypanie pigmentu. A i nabieranie na pędzelek nie jest najprzyjemniejsze, bo wszystko "wychodzi" bokami. Na plus jest to, że przychodzą one do nas w dodatkowym kartoniku oraz zafoliowane więc nic przynajmniej w transporcie nie powinno się stać.


Właściwości:
Pigmenty nie mają na szczęście żadnego zapachu. Ich konsystencja jest bardzo przyjemna. Są niesamowicie drobno zmielone a ich kolor jest bardzo intensywny. Nie sprawiają praktycznie żadnego problemu podczas aplikacji. Z łatwością przyczepiają się powieki. Nakładane ruchem wklepującym za pomocą pacynki bądź palcem prawie w ogóle się nie osypują. Blendowanie ich również nie stwarza większych problemów. Zarówno Bewitched jak i Insomnia nie tracą na intensywności ani nie tworzą na powiece nieestetycznych plam.


Bewitched to dość jasny perłowy fiolet. Doskonale sprawdza się na powiece solo jak również na bazie z fioletowego eyelinera. Nadaje się do zaznaczenia dolnej lini rzęs jak i do fioletowego smokey eye. Można powiedzieć że jest to odcień bardzo uniwersalny, bo z łatwością da się stopniować intensywność koloru na powiece. Wydaje mi się, że pigment ten świetnie podkreśli zieloną, piwną oraz brązową tęczówkę oka.


Insomnia to odcień trudny do opisania. W zależności od tego jak pada światło widzimy w nim inne kolory. Generalnie bazą jest ciemny, ale bardzo ciepły odcień brązu. Opalizuje on na przeróżne kolory przede wszystkim zieleń, khaki oraz srebro. Solo na powiece wygląda dość niepozornie natomiast nałożony na bazę z czarnego eyelinera nabiera 'pazura'. Mimo to sprawdza się również jako cień przyciemniający zewnętrzny kącik oka. Moim zdaniem Insomnia dzięki swojej wielowymiarowości sprawdzi się przy wszystkich kolorach tęczówek.


Trwałość tych produktów zaskakuje. Oczywiście na plus. Nałożone na bazę wytrzymują bez szwanku cały dzień lub noc. Nie tracą na swojej intensywności, nie osypują się ani nie rozmazują.
Warto również wspomnieć, że produkty marki Makeup Geek są niesamowicie wydajne. Używam ich niespełna rok, na sobie oraz na swoich klientkach i w ogóle nie widzę aby ubywało ich z opakowania.


Podsumowanie:
Jak już wspomniałam opakowania mieszczą 2g produktu (na opakowaniu napisana jest pojemność 1,4 natomiast dzięki temu że produkt wypełnia słoik po brzegi jego gramatura jest większa) i kosztują $6,99. Niestety nie są one dostępne nigdzie stacjonarnie w Polsce. Jedyną drogą do ich posiadania jest sklep online Makeup Geek, który oczywiście realizuje wysyłkę do Polski, tylko trzeba się liczyć również z kosztami wysyłki. Warto jednak umówić się np z siostrą, mamą, przyjaciółką na wspólny zakup i podzielić taki pigment na pół. Przy domowym użytku gwarantuję, że starczy on Wam na lata :)

Insomnia
Bewitched


Macie pigmenty marki Makeup Geek, jak one u Was się sprawdziły?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Na koniec linki do dwóch makijaży z wykorzystaniem wyżej wymienionych pigmentów :)

Insomnia w akcji :)

Bewitched w akcji :)






P.S. z tego co się orientuję Insomnia ma swój odpowiednik w MAC pod nazwą 'Blue Brown' oraz w Inglot pod numerkiem 85 :)
Czytaj dalej...

3 września 2014

Ciasto czy mat? | Stay Matte, Rimmel

Witajcie,

Te z Was, które czytają mojego bloga zapewne orientują się, że mam cerę mieszaną w kierunku do tłustej latem i mieszaną w kierunku do suchej zimą. W związku z tym szukam pudru wykańczającego, który z jednej strony fajnie zmatowi moją strefę T jednocześnie nie podkreślając suchości pozostałych partii twarzy ani nie spowoduje efektu 'ciasta' jak było w przypadku pudru marki Astor, o którym pisałam TU.
Tym razem będąc w drogerii zdecydowałam się na zakup polecanego przez dużą liczbę blogerek pudru matującego marki Rimmel Stay Matte w odcieniu 001 Transparent.


Opakowanie:
To chyba najgorszy aspekt całego kosmetyku. Całe wykonane jest z plastiku i to słabej jakości. Wieczko pęka i lubi się nie domykać. Nie ryzykowałabym noszeniem go w torebce. Na dodatek nie ma lusterka. Jednym słowem opakowanie niskobudżetowe.



Właściwości:
No to co jak zwykle zacznę od zapachu, który w opakowaniu jest dość mocno pudrowy i intensywny. Kojarzy mi się z pudrem którego kiedyś używała moja Babcia. :) Na szczęście na twarzy jest niewyczuwalny. Jak już wspomniałam posiadany przede mnie kolor to numerek 001 Transparent. W opakowaniu puder wygląda na lekko żółtawy jednak po nałożeniu na twarz rzeczywiście jest w pełni transparentny i nie zmienia koloru podkładu. Produkt jest bardzo przyjemny w aplikacji. Jest bardzo drobno zmielony, łatwo nakłada się na pędzel a z pędzla na twarz. Nie kruszy się przy tym, ani nie pyli zbytnio. Po przypudrowaniu nim twarzy nie unosi się wokół twarzy chmura pyłu. :)


A co z właściwościami matującymi? Jak najbardziej są. Producent zapewnia nas o pięciogodzinnym macie i w sumie to się z nim zgadzam. Zaryzykuję nawet stwierdzenie że około 6h po aplikacji moja twarz nadal trzyma mat. Oczywiście coś tam zaczyna się już dziać i świecić ale nie na tyle żeby zacząć panikować i dokładać kolejną warstwę produktu.


Wiadomym jest, że w ponad trzydziestostopniowe upały jakie miały miejsce minionego lata puder miał dość trudne zadanie do wykonania, ale kto w sumie wtedy nakładał pełny makijaż ;)
Dużym plusem jest że rimmelowski Stay Matte nie podkreśla żadnych suchych skórek, nie wchodzi w zmarszczki ani pory, nie waży się na twarzy. Dobrze współpracuje z wieloma podkładami. Zestawiałam go m.in z Rimmel Wake Me Up, Rimmel Match Perfection, Glazel Anti-Age, Kolastyna CC Krem i z każdym z wymienionych wyglądał tak samo dobrze.
Nie zauważyłam też by zapychał mi pory. Również mnie nie uczulił.


Podsumowanie:
Produkt ten jest bardzo łatwo dostępny. Znajdziecie go we wszystkich drogeriach, w których stoi szafa marki Rimmel. Cena regularna to 25 zł co w pierwszym kontakcie z badziewnym opakowaniem może odstraszać, jednak często są na niego promocje w Naturze czy Rossmannie. Ponadto puder na prawdę fajnie sobie radzi z matowieniem twarzy. I o ile podkład z linii Stay Matte kompletnie nie przypadł mi do gustu co pokazywałam Wam w filmiku z testem na żywo TU to prasowany puder matujący mogę Wam z czystym sumieniem polecić.


Znacie ten puder, jeśli tak to co o nim sądzicie?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach!



Czytaj dalej...

© My beautiful dream!, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena